Podróżowanie w czasie pandemii stało się nie tylko bardzo
utrudnione, ale jest to ogromne wyzwanie.Sprawdzanie gdzie można pojechać, czym pojechać, czy trzeba robić testy,
czy jest kwarantanna naprawdę zawrotu głowy można by dostać przy planowaniu
czegokolwiek. Ponieważ to lato stanęło mówiąc dosłownie w kraju i co najdalej w
Europie nie pozostało nic innego jak postawić na samochód i niedalekie
kierunki.
Pierwszym takim kierunkiem była nasza sąsiednia Litwa. Dawno
mnie nie było u naszych sąsiadów a kiedyś moi rodzice regularnie odwiedzali
Druskienniki zabierając nas czasem ze sobą.
I właśnie od tej miejscowości zaczęła się nasza podróż. W
Druskiennikach wzięliśmy nocleg na dwa
dni i zaczęliśmy krótkie zwiedzanie znajomych kątów. Jest to miejscowość, która przez lata bardzo
ewoluowała. Mamy tu wiele „sportowych” atrakcji. Dla amatorów wodnych atrakcji
jest Aquapark, rowerki wodne na
jeziorze. Sporty zimowe? Czemu nie. Został tu wybudowany kryty stok narciarski i kolejka linowa która
cię do niego zabierze z samego centrum miasta. Hmmm, a może by się trochę
powspinać? Też znajdzie się park linowy. No nie wspomnę o rowerowych trasach po
lesie. Tak więc można wypocząć również aktywnie.
Nie zapominajmy, że Druskienniki to największe, najnowocześniejsze klimatyczne i
balneologiczne uzdrowisko na Litwie jak i w całej Europie. Mamy tu
źródła mineralne, pokłady borowiny i
liczne sanatoria z centrum balneologicznym.
To dzięki dekretowi króla Polski
Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1794 roku miasto otrzymało status
miejscowości leczniczej. Warto też wspomnieć o Józefie Piłsudskim, który odwiedził razem z rodziną Druskienniki w 1924 roku.
Zamieszkali w bardzo skromnym domku gdzie kończył pisać swoją książkę pt: „Rok 1920” Przytrafiła się też Piłsudskiemu
choroba, ale opieka lekarska i uzdrowiskowe właściwości miasta przyczyniły się
do spopularyzowania Druskiennik a sam Piłsudski otrzymał w 1928 roku honorowe
obywatelstwo miasta.My tym razem nie korzystaliśmy z żadnych sanatoriów czy masaży. Zrobiliśmy
sobie objazd i spacer po miasteczku, wjechaliśmy kolejką zobaczyć stok,
odwiedziliśmy muzeum stalinizmu w małej miejscowości Grutas ok. 8km od
Druskiennik i pozjeżdżaliśmy na zjeżdżalniach w Aquaparku. Oczywiście
obowiązkowo chłodnik i cepeliny w restauracji Nad Niemnem, oraz zupa chilli i
pizza w kolejnej popularnej knajpie Sycylia.
Z Druskiennik zrobiliśmy sobie wypad do Wilna. Przyznaję, że
byłam w stolicy Litwy raz za czasów
liceum. Przyjechałyśmy tu z dziewczynami ze szkolnego chóru na festiwal kultury
polonijnej. Trochę lat upłynęło od tego czasu. Wilno to Ostra Brama, od której zaczyna się
zwiedzanie. Nasze przyznaje było bardzo utrudnione tego dnia bo co chwilę padał
deszcz. Tak więc chroniliśmy się w Kościołach gdy zaczynało padać, a że w
Wilnie jest ich 40 to nie było dużego problemu. Najsłynniejszy to Św. Piotra i
Pawła na Antokolu. Ze starówki przenieśliśmy się na nasz piękny polski cmentarz
na Rossie, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tyle pięknych i starych
pomników i to położenie na wzgórzu. Piękny i nostalgiczny.Na koniec wdrapaliśmy
się na basztę Giedymina popatrzeć na panoramę miasta. Z jednej strony widać
Wilno modernistyczne a z drugiej to
starodawne.
Wracając ze stolicy
Litwy zatrzymaliśmy się w Trokach zwiedzić zamek. Pochodzi on z przełomu XIV i
XV wieku, jednak liczne najazdy Krzyżaków mocno zrujnowały zamek i został on w
dość znacznej części zrekonstruowany na początku XX wieku. Jego inicjatorem był
wielki kląże litewski Kiejstut oraz jego syn Witold, który dobudował na wyspie
drugi zamek – warownie w latach 1404- 1408, stanowiący wsparcie dla
pierwszego znajdującego się na półwyspie.Zamek można było zwiedzać ale mój
dziwny lęk wyskości objawiający się w zależności od stromości schodów
uniemożliwił mi wejście na najwyższe piętro. Wstyd Jo. Wróciliśmy do Druskiennik
na ostatni nocleg, żeby na drugi dzień wyruszyć w stronę Kowna.
W drodze do Kowna zaliczyliśmy skansen w Rumszyszkach. Nie sądziłam, że ten skansen jest
taki duży. Na zwiedzanie trzeba sobie trochę czasu zarezerwować, myślę że
spokojnie 3h. Obiekty są porozrzucane w dość sporych odległościach od siebie.
Nie to co nasz skansen w Sierpcu. Osobiście bardzo mi się podobał, szczególnie
rekonstrukcja miasteczka z rynkiem oraz charakterystycznymi budynkami
usługowymi. Razem z moją mamą, bo reszta naszej brygady się rozdzieliła, zaczęłyśmy wchodzić po kolei do wszytkich budynków. I tak zamieniłam się w uczennicę w szkole, a potem w nauczycielkę i zrobiłam mamie krótką lekcję matematyki w czterech językach. Potem weszłyśmy do sklepu Grażyna, gdzie każda kobieta mogła się zaopatrzyć w materiały na piękne sukienki i nie tylko. W oknie wypatrzyłam sukieneczkę vintage dla mnie ale akurat nie było sprzedawcy w sklepie. No co za pech :-)
Nie obyło się też bez apteki, kościoła, poczty a nawet restaturacji. Usiadłyśmy sobie na ławce i zastanawiałyśmy się jak kiedyś żyło się w takim miejscu. Zapewne każdy każdego znał i wszelakie nowinki i plotki szybko krążyły po okolicy. Nie potrzebny internet i pudelek. Życie na pewno było spokojniejsze i monotonne, ale czy nasze życie w obecnych czasach jest lepsze? Pęd, stres, presja. Chyba wszystko w życiu ma swoje wady i zalety. Chciałabym móc wsiąść w taki wehikuł i zoaczyć jak było kiedyś. Obecne czasu nie raz mnie przygnębiają....Jedak jedźmy dalej do Kowna.
Kowno to drugie co do wielkości miasto na Litwie i dawna stolica kraju. Naszym punktem startowym był niewielki zamek, ktory został wzniesiony przez Krzyżaków w 1384 roku. Miał on stanowić dla nich bazę wypadową na Wilno i Troki. Było to również miejsce zborne w czasie najazdu Krzyżackiego na Litwę a w 1396 podpisano tu zawieszenie broni pomiędzy Krzyżakami a księciem Witoldem. W 1408 roku doszło tu do spotkania pomiędzy Ulrichem von Jungingenem, królem Polski Władysławem II Jagiełło oraz będący między nimi rozjemcą Witoldem. Kowno uzyskało w tym roku prawa miejskie.Spod Zamku ruszyliśmy w stronę rynku. Mieści się na nim ratusz i katedra a także sporo knajpek. Przypomina bardzo nasze znajome polskie rynki. Uliczny muzyk przykuł uwagę turystów i spacerowiczów urządzając mini koncert. Zeszliśmy trochę w bok aby zobaczyć Dom Perkuna, czyli gotycką kamienicę kupiecką zbudowaną w XVI wieku. Kamienica została później kupiona przez Jezuitów, którzy urządzili w niej kaplicę. Znacznie później bo w XIX wieku mieściła się tu szkoła i teatr do której uczęszczał Adam Mickiewicz. Od 1928 roku znowu jest własnością jezuitów, mieści się tu internat i Muzeum im. Adama Mickiewicza. Ze Starego Miasta zmierzamy w kierunku Nowego Miasta, którę połączone jest Aleją Wolności - deptakiem z kolorowymi kamienicami i knajpkami. Jako fanka kamienic i starówek byłam bardzo zadowolona.
Nasz ostani punkt na litewskiej trasie to portowe miasto Kłajpeda. I tu niestety aż tak dużo nie opowiem bo trafiliśmy akurat na Dni Morza i centralna część miasta była wyłączona z ruchu. Zaparkowanie graniczyło z cudem a ludzi zjechało się tyle, że zapomniałam że istnieje Covid i jakiekolwiek ograniczenia. Podczas naszej podróży Litwa nie była objęta żadnymi obostrzeniami czy maseczkami. Idąc za tłumem w kierunku morza przeszliśmy przez ichniejszą "starówkę" jeśłi mogę to tak nazwać. Dotarliśmy do placu teatralnego a ja sobie myślę czy są tu jakieś fajne kamienice? Co prawda był jakiś pomnik kobiety gdzie robiono sobie fotki, więc myślę..."Może też musimy, coś ważnego" A była to "nieśmiała Anusia" bohaterka z poetyckiego dzieła Simona Dacha, pieśni ludowej „Ännchen von Tharau”
Im dalej w stronę morza tym więcej ludzi. Trafiliśmy do zagłębia Food trucków i po degustacji jednego dania na "próbę" stwierdziliśmy zgodnie, że obiad to my oczywiście zjemy... ale w sieci Hesburger z daleka od tych tłumów. Nasz plan rejsu po morzu odpadł błyskawicznie i po pysznym zdrowym obiadku pojechalismy kilka kilometrow od Kłapejdy wypocząć na plaży. Miejscowość iście kurortowa, mnóstwo hotelów i pensjonatów. Bardzo zadbana i zielona. Dla odmiany na plaży było pusto i spokój. W końcu.... I tym plażowym akcentem i relaksem kolejnego dnia kończyliśmy nasz pobyt. Polecam, choć Kłajpeda mnie nie urzekła. Jak dla mnie nie jest to "must see". Ale to tylko moja subiektywna opinia.
Do następnego razu....
Buziaki,
Jo.
P.S Nie zapomnijcie o wideo z podróży, tam zobaczycie widoczki . ;-)
Podążając za jeszcze nie
odkrytymi pałacykami na Mazowszu przyjechałam do Opinogóry śladami poety
Zygmunta Krasińskiego.Pałacyk jest w
stylu neogotyckim i był to prezent ślubny od ojca Zygmunta, gen. Wincentego. Sam
pałacyk został wybudowany w pierwszej połowieXIX wieku. Był stopniowo rozbudowywany, jednak działania wojen sprawiły
że pałac został zniszczony. Dopiero w latach 50-tych XX wieku zdecydowano o
jego odbudowie i zgromadzono w nim pamiątki po rodzinie Krasińskich tworząc tym
samym Muzeum Romantyzmu.
Zakupiłam tutaj kolejną książkę Magdaleny Jastrzębskiej pt. „Pani na Złotym
Potoku” dzięki której mogłam dowiedzieć się coś więcej o rodzinie Krasińskich.
Nasz poeta nie wypada jakoś wybitnie
pozytywnie. Nie należał on do mężczyzn zakochanych i wiernych swojej żonie.
Wręcz przeciwnie, jego wielką miłością była Delfina Potocka, którą poznał w
Neapolu w wieku 26 lat. Mówiono wtedy, że był to jeden z najsłynniejszych romansów epoki romantyzmu. Cóż, Delfina była
piękną kobietą, oprócz tego była sprytna
i potrafiła swoje walory wykorzystać.
Była próżną i egzaltowaną snobką,
która lubiła pokazywać swoją wyższość nad zwykłym i szarym
otoczeniem. Można by porównać ją do
ówczesnych pustych „celebrytek”, które myśląc, że zgromadziły wokół siebie marną
publikę, uważają się za kogoś lepszego. Różnica polega tylko na tym, że kiedyś
trzeba było mieć dobre pochodzenie a teraz wręcz przeciwnie. Im większe
prostactwo tym większa atencja. Wróćmy jednak z
powrotem do XIX wieku. Nasz Zygmunt wpadł jak śliwka w kompot z tym
swoim uczuciem do Delfiny jak typowy facet, co to poleci w pierwszej kolejności
na wygląd a nie osobowość. Ona natomiast
miała męża jednak szczęśliwa w tym związku nie była. Rekompensowała to sobie
pieniędzmi, kontaktami, urodą co spowodowało, że stała się taka próżna i egzaltowana. Była prawdziwą „Lwicą
Salonową” która inspirowała m. in.
naszego Chopina.
Jednak ojciec wybrał Zygmuntowi
żonę, a została nią Eliza Branicka. Co prawda matka Elizy nie była zbytnio
zachwycona tym wyborem bo widziała dla córki kogoś innego. Niemniej jednak
Zygmunt oczarował Elizę i oświadczył się
jej na początku 1843 roku. Nie miał zamiaru oczywiście rezygnować ze swojej
wielkiej miłości czyli Delfiny, z którą spędził upojny miesiąc we Francji tuż
przed ślubem. O Boże drogi czy to kiedyś czy dziś mężczyźni jednak potrafią
rozczarować swoim zachowaniem. Ślub odbył się 22 lipca a załamany Zygmunt żalił
się w listach do ukochanej o swoim
nieszczęściu i cierpieniu. Eliza była za to zakochana w mężu, jednak w tym
związku zawsze pozostawała Delfina.
Eliza, w przeciwieństwie do Delfiny była kobietą łagodną, spokojną o
romantycznym usposobieniu. Była bardzo inteligentna, kompromisowa, miała
zasady i odznaczała się wielką godnością
i siłą charakteru. Od razu ją polubiłam J
Co ciekawe do skonsumowania małżeństwa doszło dopiero pół roku po ślubie bo
nasz Zygmunt uważał ten akt za „gwałt na samym sobie” Para doczekała się czwórki dzieci : Władysława, Zygmunta, Marii
i Elizy. Życie z Zygmuntem do łatwych
nie należało, przez co nazywano ją „aniołem dobroci”. Życie w trójkącie to
wyzwanie dla każdej kobiety, której zależy mimo wszystko na mężu i rodzinie.
Mężu, który potrafił być dodatkowo tak wyrachowany, że zabrał swoją żonę w
podróż do Nicei razem z kochanką i wymagał od żony aby okazała jego
przyjaciółce „serce i sympatię” No na takie pomysły to tylko facet może
wpaść. Jakby tego było mało Zygmunt
ciągle cierpiał na różne choroby, a że wiadomo jak to z artystami bywa jego
stany chorobowe potęgowały narzekanie i upajanie się własnym cierpieniem. Miał
bogato rozwiniętą hipochondrię. Stanowiło to też świetny powód aby w ramach
wszelakich kuracji podróżować po uzdrowiskach z kochanką. Cały ten „manage a
trois” odbił się też na zdrowiu Marii u której stwierdzono wycieńczenie i zły stan
nerwowy. Delfina potrafiła też najechać
ich w domu i szarogęsić się jak Pani na włościach rozporządzając służbą
Krasińskich jak swoją i będąc lekko mówiąc „niegrzeczną” w stosunku do Elizy, która w przeciwieństwie do tej egzaltowanej rozhisteryzowanej Lali miała wielką
klasę i traktowała jej zachowanie jak kobiety z nizin społecznych. Mimo
wszystko Maria jak dobra i oddana żona trwała przy mężu i pielęgnowała go w
jego licznych chorobach. Rodzina dużo podróżowała po Europie jednak Eliza lubiła
spędzać czas w Polsce. Zresztą prowadzenie domu, wychowanie dzieci i wszystkie
rzeczy z tym związane były na jej głowie.
Czasem ciężki i okrutny los nie
oszczędzał rodziny Krasińskich.
Najmłodsza córka Eliza zachorowała na ból gardła. Niestety zrobił się
wrzód i dziecko udusiło się. Maria bardzo to przeżyła nawet Zygmunt zawsze
zajęty głównie tylko sobą dostrzegł u żony ciężki stan i zaczął w końcu
zachowywać się choć trochę jak zatroskany, prawdziwy mąż co przejawiło się w
czulszych listach do żony. Maria z dziećmi wyjechała na jakiś czas do Francji.
Zaledwie rok później zmarł ojciec poety Władysław a Zygmunt na początku roku
1895 mocno podupadł na zdrowiu. Niestety tym razem się nie udało i Krasiński zmarł w nocy 23 lutego w otoczeniu rodziny w Paryżu. Jego prochy
przywieziono do Opinogóry gdzie spoczęły w Mauzoleum Krasińskich.
Po tych tragicznych wydarzeniach
w życiu Marii zaświeciła się iskierka nadziei na lepsze jutro. Wyznaczony jeszcze za życia Wincenta kuzyn
Ludwik Krasiński po śmierci Zygmunta zajął się wszystkimi sprawami majątkowymi.
Bardzo się z Marią polubili. Był to człowiek całkowicie odmienny od Zygmunta,
więc nie dziwota, że Maria w końcu się w nim zakochała. Wbrew wszystkim
przeciwnym opiniom para wzięła ślub w 1860 roku. Maria niedoczekana się
potomstwa z Ludwikiem gdyż jedyne dziecko
nim poroniła. Za to jej dzieci bardzo pokochały Ludwika. Następne lata
rodzina spędzała częściowo za granicą a częściowo w Polsce. Maria dbała o
edukacje swojej córki Marii Beatrix, która miała lotny umysł i bardzo szybko się uczyła. Jej
starszy brat Zygmunt niestety był słabego zdrowia i w wieku 21 lat zmarł co spowodowało
kolejny cios dla rodziny Krasińskich.
Następne lata upłynęły rodzinie
na podróżach między Polską a Europą, kształcenie dzieci, w międzyczasie brat
Marii Władysław wziął ślub z Różą Potocką. Doczekali się trojga dzieci jednak
Władysław odziedziczył po ojcu skłonność do gruźlicy i na tą chorobę przedwcześnie
zmarł. Nasza Maria była bardzo związana z bratem przyjacielską więzią. Mniej
więcej w tym samym okresie miała szansę zostać żoną króla Szwecji Karola XV,
który zobaczył portret Marii przypadkowo podczas podróży. Były poczynione
przygotowania do zaręczyn jednak wszystko było trzymane w tajemnicy. Niestety,
król zmarł nagle a tron Szwecji przypadł jego młodszemu bratu. Marii pozostało
czekanie na kolejnego wybrańca losu. Zanim to nastąpi, wydarzy się jeszcze
jedna strata w rodzinie. 15 maja 1876 roku odchodzi Eliza nabawiając się śmiertelnego
w skutkach zapalenia płuc. Cały majątek pozostawiła w spadku swojemu mężowi
Ludwikowi.
Ponoć kto czeka to się doczeka i
na drodze Marii w końcu stanął mężczyzna. Prawdziwy gentleman hrabia Edward
Raczyński. Przystojny, inteligentny, czarujący, światowy, no typ który podobał
się kobietom. I trzeba dodać że nie tylko Marii wpadł w oko. Jeszcze jedna
kobieta się mocno w nim podkochiwała a była to …. Szwagierka Marii, Róża
Potocka. W ostateczności Edward wybrał Marię, nie będę słać tu teraz domysłów
że „poleciał” na jej fortunę. Zresztą przed zawarciem małżeństwa 9 kwietnia
1877 roku została podpisana intercyza o rozdzielności majątkowej. Maria mogła
dysponować wszystkim co posiadała samodzielnie. Na ślubie nie pojawił się
jednak stryj- ojczym Marii Ludwik, który nie aprobował tego wyboru. Nasz
kawaler w oczach Ludwika „jawił się jako człowiek prawie bez pieniędzy, na
skraju bankructwa,” Mało tego nie należał do osób pracowitych i nie miał w ogóle
głowy do interesów.
Na początku małżeństwa Maria była
bardzo szczęśliwa, doczekała się z Edwardem jedynego syna Karola. Ich życie
było dzielone pomiędzy pałac w Rogalinie, gdzie Maria czuła się wyjątkowo
dobrze a pałac w Złotym Potoku. To Wincenty kupił dawno temu dobra potockie dla
Zygmunta i to tutaj miała się mieścić siedziba rodu Krasińskich. Jednak
historia potoczyła się inaczej i miejsce to trochę podupadło, ponieważ rzadko tu
przyjeżdżano. Do czasu aż zawitała tu nasza świeżo upieczona hrabina Raczyńska i
postanowiła zrobić tu porządek. Z czasem w małżeństwie Raczyńskich zaczęły
pojawiać się rozbieżności. Dwa silne charaktery i indywidualności łatwo ze sobą
nie miały. Edward to była dusza towarzystwa która świetnie odnajdowała się na
salonach Maria wręcz przeciwnie szukała ciszy i spokoju a wielki świat
przepełniony snobizmem ją męczył. Nie to co Edward, który sypał historyjkami i
żartami jak z rękawa i uwielbiał być w centrum zainteresowania. Takie
rozbieżności prowadziły do częstych spięć i kłótni.
Jaka była Maria? Mówiono o niej
często „kobieta egzotyczna” albo „ trochę zwariowana” A to dlatego, że nie bała
się mówić co myśli, nie podążała często utartym szlakiem arystokratycznego
świata w którym się znajdowała. Była
wymagająca w stosunku do otoczenia a
często snobistyczny i próżny świat ją wręcz drażnił.
„Nie tęskno mi do ludzi, których
bym mogła zastać w salonie, którzy są zdolni rozprawiać całymi godzinami o
intrygach buduarowych i toaletach….” Nie znosiła dwulicowych ludzi, obłudy i
nie raz zdarzyło się jej nie kryć oburzenia, mimo że damie nie przystawało
takich rzeczy głosić. Wolała otaczać się inteligencją, artystami, uczonymi i
ludźmi którzy mieli „ dżentelmeństwo w ułożeniu i postępowaniu”. A jak nie
trawiła dorobkiewiczów i ludzi którzy mimo sfery w której się znajdowali w
głowie dużo nie mieli. Aż przytoczę tu cytat Marii „Tacy ludzie cisną do
salonów Deotymy a jednego z jej wierszy nie przeczytali, bo na polską książkę
szkoda i czasu i pieniędzy”. Uwielbiam
już ją. Kto umie czytać między wierszami i trochę mnie zna, nawet po moich
blogowych tekstach to wie o czym mówię. A
dobroczynność na pokaz, tu dopiero Maria była zniesmaczona. Była patriotką. Nie bała się krytykować nawet
kobiet ze swojej sfery gdzie mąż zapewniał strumień pieniędzy a dzieci to tylko
wystrojone lalki na pokaz. Nie potrafiła zrozumieć „wielkich dam”, które wydawały fortunę na paryskie stroje.
Maria całą swoją toaletę zamawiała w Polsce i nawet sprowadzała specjalnie
jeśli była za granicą. Dla niej to był obowiązek jako klasy uprzywilejowanej
wspierać polski przemysł. Cóż za
analogia występuje tu pomiędzy czasami Marii a naszymi. Widać, że nie ważne czy
to XIX czy XX wiek. Ludzka natura się nie zmienia.
Otoczenie się tylko zmienia.
Hrabina Raczyńska jawi się jako
osoba o niezależnych poglądach, odważna o niezwykłym zmyśle obserwacji świata i
ludzkiej natury. Nie bała się mówić i pokazywać tego co myśli nawet jeżeli było
to odmienne od większości osób które ją otaczało. Niestety nie zjednywało to przyjaciół i często
czuła się samotna. Jak ja doskonale ją rozumiem i ile z hrabiną mam wspólnego.
Myślę, że byśmy się bardzo dobrze porozumiały ze sobą i może nawet
zaprzyjaźniły. Takie porozumienie dusz miała tylko ze swoim bratem Władysławem.
Życie małżeńskie z
Edwardem stawało się coraz trudniejsze, Maria zaczęła podupadać na zdrowiu.
Edward nie wykazał się wsparciem dla Marii, a należy pamiętać, że były to czasy
gdzie mężczyźnie wybaczało się wszystko a kobiecie nic. Maria zabrała Karolka i
wyjechała do Włoch. Tam nawiązała mocną i silną przyjaźń z Anielą Trypplin.
Zdrowie jednak nie ulegalo poprawie a stosowanie morfiny przez lekarzy jako
lekarstwa miało niestety zły wpływ na organizm i często prowadziło do
morfinizmu.
Maria zmarła 24 sierpnia 1884
roku w Trydencie. Ciało sprowadzono do kraju i pochowano w mauzoleum w
Rogalinie. Dwa lata po jej śmierci Edward ponownie się ożenił i to z wcześniej
odrzuconą szwagierką Marii Różą, która w wieku czterdziestu lat dała mu pierwszego syna Rogera a dwa lata później
Edwarda, który zostanie polskim dyplomatą, politykiem i prezydentem RP na
uchodźstwie w latach 1979-1986. Syn Marii Beatrix Karol wychowywał się razem z
dziećmi Róży i Edwarda oraz kuzynostwem czyli dziećmi Rózy z pierwszego
małżeństwa. Został spadkobiercą Złotego Potoku. Doczekał się czwórki dzieci ze
swoją żoną księzniczką Stefanią z czego dwójka dożyła wieku dojrzałego.
Na tym zakończę historię rodziny
Krasińskich. Mam nadzieję że zachęci to Was do przeczytania książki na podstawie
której powstał ten tekst pt: „ Pani na Złotym Potoku” Magdaleny Jastrzębskiej,
a także poszperania co działo się dalej ze Złotym Potokiem, a także jaką żoną
była Róża i jak układało się jej z Edwardem. Jeśli chcecie zobaczyć wnętrza
pałacu w Opinogórze, dworku i oficyny to zapraszam na mój krótki film w stylu
vintage.
Czas tak szybko pędzi, że kolejny rok został odznaczony na
mojej lini życia. Wcale się nie czuję na tyle i ta liczba póki co jest dla mnie
tylko dwoma cyferkami zestawionymi obok siebie. Jak co roku staram się o
specjalną sukienkę i tym razem nie było inaczej. Skoro to połowica lat
trzydziestych to tym bardziej trzeba było się postarać. Dla mnie ta sukienka ma
symboliczne znaczenie bo kupiłam ją ze względu na wyjątkowy materiał ze wzorem
słońca i księżyca. Moja kochana babuszka zawsze mówiła do mnie „Moje Słoneczko”,
do samego końca. Ponad rok nie ma jej przy mnie ale zawsze o niej myślę i
tęsknię. Dziadek odszedł trzy lata temu i uwielbiał księżyc szczególnie patrzeć
na niego wieczorami. Tak więc w ten urodzinowy dzień wystroiłam się dla
nich dzięki polskiej marce Laurella. Pojechałam specjalnie ich odwiedzić ,
pogadać i postawić świeczki a potem zawitałam do rodziców.
W końcu doczekałam się mojej nowej huśtawki na ogrodzie,
zjedliśmy obiad w klimatycznej knajpce niedaleko i na koniec siostrzyczka
zrobiła mi kilka pamiątkowych fotek w naszym Jabłonowskim Parku, czego efekty
widać poniżej. Mam nadzieję, że moje trzy życzenia się spełnią i kolejny rok
będzie pozytywny i zaskoczy mnie miłymi rzeczami, fajnymi przeżyciami i nowymi
wyzwaniami.
Werona pewnie większości kojarzy się z Romeo i Julią. Włochom chyba również i bardzo dobrze podłapali temat Szekspira. Oczywiście nie jeśli chodzi tu o wartości literackie a biznesowe. Jak zrobić coś z niczego
i jeszcze na tym zarobić? To się Włochom udało.
W Wenecji wsiadamy w pociąg aby się przekonać o co chodzi z tym słynnym love story i czym zaskoczy nas Werona. Po przyjeździe wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku największego placu miasta czyli Piazza Bra. Rozglądamy się dookoła, pierwsze co się rzuca w oczy to Arena a mi zaraz przypomina się ukochany Rzym.
Idziemy przed siebie, zaczynamy robić zdjęcia. Zaraz wypatruje tabliczkę z napisem Casa de Gulietta. Czyli idziemy w dobrym kierunku. Po drodze mijamy oczywiście ekskluzywne butiki, ale ciuszki mnie nie powaliły na kolana. Skręcamy w kolejną uliczkę i już wiem gdzie dalej należy iść widząc mały tłumik gromadzący się przed bramą. No dobra, czyli zmierzamy do "słynnego" balkonu za który każą sobie jeszcze słono płacić. 6 euro żeby wejść i cyknąć fotę w miejscu co to nie żaden dom Capuletti a Capello. No nie wierzę w to co widzę.
Prawda jest taka, że to wszystko wymyślona fikcja i ta przez Szekspira i ta przez Włochów. Żadna Julia na tym balkonie na prawdę nie stała, a Szekspir w ogóle nie był w Weronie. Gdyby było inaczej byłabym skłonna zrozumieć te tłumy i tych turystów co to płacą żeby sobie na jakiś tam balkon wejść i pomachać. No ale żeby było ciekawiej to już na dole stoi sobie Julia. Posągowa. Czeka na nas z wypiętą piersią. Kolejna historyjka wymyślona przez Włochów brzmi: jeśli położysz dłoń na prawą pierś Julii to spotkasz miłość. (pewnie wymyślili to pijąc wino i wcinając pizze a teraz pękają ze śmiechu patrząc na tych naiwniaków co te historyjki kupili). I żeby była jasność, ja na żaden balkon nie weszłam i cycka też nie macałam.
To nie koniec oczywiście "Juliowych" rewelacji. Wszędzie gift shopy z pamiątkami, kłódki serca i generalnie cały kramik związany z tym "słynnym" dziełem. A jako wisienka na torcie to ściany przy wejściowej bramie oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami, niektóre pisane na plastrach opatrunkowych. Jedno mnie totalnie wprawiło w osłupienie bo napisane było na otwartej i rozłożonej podpasce. Ludzka pomysłowość nie zna granic. Karteczki przyklejone były często na gumy do żucia. Przyznaje, że całość zbyt estetycznie nie wyglądała.
Skoro jesteśmy przy temacie Juli, działa w Weronie "Klub Julii" gdzie wolontariusze z całego świata odpowiadają na pozostawione listy. Próbowałyśmy zlokalizować to miejsce, ale chyba zmienili adres. Jednak najdziwniejszą dla mnie rzeczą jest rzekomy grób naszej bohaterki w byłym klasztorze benedyktyńskim. Jest oczywiście pusty i za ta pustkę trzeba zapłacić 4 euro. Gdyby ktoś miał ochotę.
Żeby nie zapomnieć o naszym Romeo to jego dom znajduje się kilometr dalej od ukochanej i jest własnością prywatną.
Opuszczamy to dziwne miejsce, Szekspirowskich bohaterów i podążamy przed siebie odkrywając kolejne place i zakątki Werony. Słynny plac Piazza delle Erbe czyli Plac Ziół jest dość zatłoczony turystami i straganami więc przechodzimy na spokojniejszy Piazza dei Signori. W końcu siadamy na chwilę odpocząć. Mój brzuszek podpowiada mi, że zbliża się czas na lody.
Wyczytałam o pewnej lodziarni nad rzeką Adyga i postanowiłam ją sprawdzić. Zmieniam buty na klapki i w drogę. Widok ludzi wcinających lody oznaczał, że chyba to miejsce na prawdę ma jakąś renomę. Ponte de Pietra bo tak się nazywa to ponoć najlepsza lodziarnia w Weronie. Jestem czasem sceptycznie nastawiona do lokali typu "najlepszy w mieście..." po tym jak "Najlepsza pizza w Rzymie" okazała się największą klapą jaką jadłam. Tutaj jednak przyznaje, lody były pyszne, obsługa super i nawet mogłam popróbować smaków zanim się zdecydowałam. U mnie to typowe, im większy wybór tym gorzej. Zaraz po kupnie lodów wszyscy siadają na ławkach zjeść i popatrzeć na rzekę.
Kiedy już się uraczyłyśmy, przyszła pora na kolejny punkt na trasie, czyli taras widokowy na zamku. Przechodzimy przez most Ponte Pietra i decydujemy się wjechać kolejką na górę za 1 euro i zejść piechotą na dół. Polecam taką opcję bo bardzo przyjemnie się schodziło. Zamek San Pietro był nieczynny dla zwiedzających, ale panorama Werony to była uczta dla moich oczu i mi zdecydowanie wystarczyła. Jak dla mnie obowiązkowe miejsce do zobaczenia. Gdzie tam jakiś balkon fikcyjnej Julii.
Reszta naszej trasy to był powrót i typowo włoski spacer, czyli maszerowanie swobodne uliczkami, przystanek na makaron i powrót na Piazza Bra. Pobyt zakończyłyśmy z mocnym uderzeniem.....Pioruna. Jak wróciłyśmy na stację zaczęło lać i grzmieć, kazano nam zmienić pociąg bo ten w którym siedziałyśmy gotowe do drogi doznał awarii (pewnie od pioruna) i przez to zmoczył nas deszcz jak biegłyśmy między peronami. Nic dodać, nic ująć. Wycieczka udana. Werona zaliczona. Warto tu przyjechać.
P.s Kto chce zakosztować trochę włoskiego klimatu i zerknąć na Weronę to polecam film "Listy do Julii"
Wykorzystując chwilową przerwę od normalnego życia
postanowiłam nadrobić małe zaległości i wstawić filmik z Padwy. Włochy, które są teraz silnie opanowane przez Koronowirusa mogę sobię tylko pooglądać na
zdjęciach i wideo.
Padwa to fajne, niewielkie miasteczko blisko Wenecji, gdzie
można zrobić sobie krótki jednodniowy wypad. Kilkanaście minut pociągiem i
opuszczamy zatłoczoną turystami Wenecję. Pamiętam, że jak przybyłyśmy do Padwy można było odczuć, że panuje siesta. Wszędzie
było pusto. Cisza i spokój, nawet tak
wielki, że nie miałyśmy kogo spytać o drogę jak mi się Google maps zawiesiło.
CO WARTO
ZOBACZYĆ
Padwa uważana jest jako miasto kościołów, bo jest ich znaczna
ilość, jednak mimo że nie jestem wielką fanką budynków sakralnych to polecam
odwiedzić Bazylikę Św. Antoniego. Grób, relikwie a także piękne krużganki to
obowiązek moim zdaniem na trasie spaceru po mieście
A jak już o spacerowaniu
mowa to kolejna ciekawostka. Padwa to też miasto rowerów. Jest ich naprawdę dużo
i zastanawiałam się czy jednego nie „buchnąć”
;-D
Miasto jest naznaczone również wybitnymi polakami i tak znajdziemy
tu pomniki Stefana Batorego i Jana III
Sobieskiego, oraz plac Maksymiliana Kolbe. Kto lubi kawę i nie boi się
eleganckich kelnerów pod krawatem to może zajść zakosztować przyjemności w
restauracji Pedrocchi. Mieści się ona przy ulicy VIII Febbraio i jest najstarszą kawiarnią w Padwie. Jej początki
sięgają roku 1831 kiedy to właściciel Antonio Pedrocchi razem z przyjacielem przebudowali
ówczesną malutką kawiarnię w bardziej dystyngowane i eleganckie miejsce.
Jak to bywa we Włoszech tu gubimy i znajdujemy się co chwila,
wychodzimy na różne place i uliczki więc trzeba po prostu wyruszyć w stronę
Starego Miasta i hulaj dusza gdzie nogi poniosą. Zapraszam do obejrzenia
filmiku, żeby choć trochę zakosztować uroku Padwy.